WPROWADZENIE

piątek, 24 czerwca 2016

Jak poznałem Jesusa Jato

O Jesusie Jato, właścicielu schroniska ''Ave Fenix'' w Villafranca del Bierzo, już w czasie mojej pierwszej pielgrzymki do Santiago de Compostela, słyszałem legendy.  Wtedy jednak nocowałem w albergue municipal i nie    poznałem tej niezwykłej osobowości z Camino de Santiago. Okazja taka nadarzyła się  w styczniu dwa tysiące czwartego roku, podczas mojej drugiej peregrynacji do grobu Świętego Jakuba... 


Jak już wspomniałem, było to w styczniu i albergue municipal było zamknięte. Wraz, z pięcioma poznanymi w drodze Hiszpanami, zatrzymałem się w schronisku "Ave Fenix". Na kolację wybraliśmy się razem do restauracji "Sevilla" przy Plaza Mayor. Po obfitym i suto zakrapianym posiłku wróciliśmy do schroniska.  Wtedy był tam jeszcze bar, gdzie obecnie mieści się jadalnia. W zasadzie pomieszczenie niewiele się zmieniło od tamtych lat, tyle że na półkach, kiedyś stały butelki z alkoholem a teraz stoją tylko szklanki, natomiast termosy z kawą zastąpiły dawne krany do piwa. Niestety, kiedy wróciliśmy bar był już zamknięty a światła w schronisku pogaszone. No cóż, pozostało nam udać się do sypialni i przygotować  do snu. Tak, też zrobiliśmy. Zajmowaliśmy sypialnie mieszczącą się nad jadalnią. W sypialni było ciemno. Po omacku próbowałem  dotrzeć do łóżka, które sobie wybrałem. Na szczęście, ktoś znalazł włącznik i zapalił światło. Rozpakowałem plecak, rozścieliłem na łóżku śpiwór i rozglądałem się za dodatkowym kocem,  w schronisku było zimno. W między czasie, Paco, peregrino pochodzący z Murcii, wyszedł  na papierosa.  Chwilę później w jego ślady poszedł pielgrzym, który wraz ze swoim kompanem dołączył do nas tego dnia. Na półce pod ścianą znalazłem dwa  koce i rozścieliłem   na łóżku. Potem wyszedłem  na podwórko, na ostatniego dymka przed snem. W barze paliło się  światło...


Siedzieliśmy przy żeliwnym piecyku, na którym stała butelka orujo. 
- Jesteś wojskowym. Generałem - powiedział Jato do pielgrzyma, którego poznaliśmy tego dnia. Jato był wysokim, postawnym mężczyzną, po sześćdziesiątce. Zanim zaczął prowadzić schronisko, był kierowcą ciężarówki. Kierownica z tej ciężarówki do dzisiaj wisi ponad drzwiami w jadalni.
- Jestem pielgrzymem - bronił się rzekomy generał. Był mniej więcej w  wieku Jato.
 - Jesteś wojskowym  - upierał się Jato i dodał wskazując na mnie - a on jest Polakiem.
- Skąd wiesz?  - zapytałem zaskoczony.
- Po twarzy poznaje - odparł Jato. Sięgnął po stojącą na żeliwnym piecyku butelkę i napełnił kieliszek.
- Masz, pij, to orujo. Przywiozłem dzisiaj z Convento San Anton - powiedział Jato wręczając mi kieliszek.
Kiedy w barze zjawili się pozostali pielgrzymi, Jesus wstał, podszedł do jednego z nich  i klepiąc go po brzuchu zapytał:
- Hola! Que tal? Cześć! Co słychać?
A był to akurat towarzysz pielgrzyma, z którym Jesus toczył spór. Okazało się, że gościu pod koszulką miał ukrytą broń.
- Mówiłem, że jesteś generałem - zawołał z triumfem Jato - a On jest Twoją eskortą!
Wtedy prawda wyszła na jaw. Starszy pielgrzym, był rzeczywiście generałem hiszpańskich sił zbrojnych i służył w ramach misji UNIKFOR-u w Bośni. Natomiast jego młodszy kompan, eskortą generała i podczas peregrynacji był na służbie. W Hiszpanii, ze względu na zagrożenie ze strony terrorystów z ETA, wysocy rangą oficerowie poruszają się z ochroną.
Zatem, w barze byliśmy już wszyscy. Siedzieliśmy wokół  żeliwnego piecyka i słuchali ciekawych, trochę "zakrapianych magicznym napojem" opowieści, Jesusa Jato, o Camino de Santiago, o tajemniczej i mglistej Galicji i nierozerwalnie z Galicją związanej, Świętej Kompanii...    


Tamta nocka potwierdziła opinię jaką podczas pierwszej peregrynacji słyszałem o Jesusie Jato. Przestało mnie dziwić, że nazywają go, Magiem z Camino de Santiago. Jesus, poza opisaną powyżej spostrzegawczością i bystrością umysłu potrafi uśmierzać ból, za pomocą masażu dotykowego. Podobno tę zdolność odziedziczył po swojej babce. Znany jest również, jako mistrz odprawiający pradawny rytuał "queimady" celebrowany w każdą pełnię księżyca. Proszę się jednak nie zrażać, to tylko tradycja o której kiedyś napiszę.  Jesus sam wielokrotnie przemierzył Camino de Santiago i szlak nie ma dla niego tajemnic. Kocha ten szlak jak i kocha pielgrzymów, którym zawsze służy pomocą. Poza tym, Jesus - obok Thomasa de Manjarin, czy proboszcza z Triacasteli -  jest "Żywą  Legendą" z Camino de Santiago i osobistym przyjacielem, brazylijskiego pisarza, Paulo Coelho.
O tym wszystkim, jednak, dowiedziałem się znacznie później, kiedy byłem już hospitalero i pracowałem w albergue ''Ave Fenix" w Villafranca del Bierzo.


ULTREIA!




piątek, 17 czerwca 2016

Mgiełka Miłości

  Było dosyć wcześnie, kiedy przybyłem do Grańon. W schronisku zastałem tylko dwie kobiety zajęte sprzątaniem kuchni. Były to hospitaleras. Na mój widok przerwały pracę.
- W czym możemy pomóc? - zapytała młodsza z kobiet.
- Chciałbym tu przenocować - wyjaśniłem. Wracam z Santiago i jestem zmęczony. Znajdzie się jakieś miejsce do spania?
- To pan wraca z Santiago?! - zdziwiła się.
- Tak, ale nie jestem panem, tylko pielgrzymem - sprostowałem.- Mów mi Vladi.
- Oczywiście, Vladi - odpowiedziała starsza z kobiet. - Dla takiego pielgrzyma zawsze znajdzie się miejsce. 
Były bardzo miłe, obie pochodziły z Barcelony. Starsza miała na imię Maria a młodsza Sara.
Kiedy sprzątnęły kuchnię, Sara wpisała mnie do książki meldunkowej. Potem w sypialni wybrałem sobie miejsce do spania, rozpakowałem plecak i poszedłem wziąć kąpiel. Po kąpieli, czysty i odświeżony, zszedłem do jadalni. Wyłożyłem się w głębokim, wygodnym fotelu stojącym w narożniku jadalni; głowę złożyłem na oparciu fotela a nogi na krześle. Jak przez mgłę widziałem kolejnych pielgrzymów meldujących się w schronisku...
Kiedy się obudziłem, stałą nade mną Sara. Zapytała czy pójdę do sklepu po wino.
- Jest zapłacone - powiedziała. - Trzeba je tylko przynieść.
- Dobrze, pójdę po wino - zaofiarowałem się.
Sklep znajdował się za kościołem, po drugiej stronie uliczki. Za ladą siedziała miła, starsza pani i kiedy wyjaśniłem, kim jestem i po co przyszedłem wskazała mi dwudziestopięciolitrowy karton czerwonego wina stojący pod regałami, pośród innych towarów. Zabrałem wino i wróciłem do schroniska. Wino postawiłem na stole w kuchni. Z kredensu wyjąłem szklankę, podstawiłem pod kranik u dołu kartonu i nalałem do pełna. Potem zszedłem na dół i usiadłem na ławce przed schroniskiem, szklankę postawiłem obok. Wyjąłem z kieszeni papierosy i zapaliłem. Z albergue wyszły dwie, młode dziewczyny i stanęły przed wejściem. Po chwili dołączyło do nich dwóch chłopców i wszyscy razem ruszyli wzdłuż muru kościoła i zniknęli za winklem. Pewnie poszli do baru - pomyślałem. Sięgnąłem po szklankę i napiłem się wina. Wino było młode i kwaśne, ale dało się pić. Spędziłem na tej ławce całe popołudnie. Wstawałem tylko po to, by zajść do kuchni i napełnić szklankę. 
P o kolacji, wraz z innymi pielgrzymami, przeszliśmy na chór do kościoła. Na wstępie Maria przypomniała z jakich krajów pochodzą pielgrzymi nocujący tego dnia w schronisku.  Sara w tym czasie rozdawała kartki z modlitwami w kilku językach. Na początek czytany był  psalm po angielsku, potem fragment ewangelii św. Jana po włosku. Ostatnia modlitwa była po hiszpańsku, była to modlitwa jakiegoś świętego, ale nie pamiętam jakiego. Na koniec odmówiliśmy wspólnie, Ojcze Nasz. 
Kiedy modlitwa dobiegła końca i w świątyni zapanowała cisza, na środek chóru wystąpiła zapowiedziana wcześniej Johanne. Ubrana na modę hippis, z twarzą zwróconą do ołtarza, z długimi rozpuszczonymi włosami i zamkniętymi oczami, pełna ekspresji i wdzięku rozpoczęła swój niezwykły koncert. Śpiewała pieśni pochwalne. Jej czysty, głęboki głos unosił się po całej świątyni i echem odbijał od kamiennych murów. Przymknąłem oczy. Była to jedna z tych chwil w życiu, które na zawsze pozostają w pamięci i nawet po latach, we wspomnieniach wzbudzają równie silne emocje.  Jeden z pielgrzymów chciał zrobić fotkę.  Ręką dałem mu znak, aby się wstrzymał, Zrozumiał, opuścił aparat. Fotka, chociażby najpiękniejsza, nie odtworzy nastroju chwili. A Johanne w swym uniesieniu wciąż śpiewała. Kiedy kończyła ostatnią pieśń, klękała przed każdym pielgrzymem, składała ręce jak do modlitwy i wypowiadała dwa magiczne słowa: Kocham Cię... Była jak Mgiełka Miłości i niejednemu zakręciła się łza w oku. 
Po koncercie, kiedy większość pielgrzymów wróciła do schroniska, Johanne zeszła z chóru do nawy głównej. Usiadła na posadce, na wprost ołtarza i ponownie zaczęła śpiewać. Tym razem dla siebie. Śpiewała z pełną ekspresją, jakby w religijnej ekstazie. Kiedy zakończyła pieśń i powróciła na chór, podszedłem do niej i mocno przytuliłem.
-Dziękuję, naprawdę dziękuję - powiedziałem trzymając ją w ramionach.
- To było wspaniałe. Masz piękny głos - dodałem i mocniej przytuliłem.
- Ja Tobie również dziękuję - odpowiedziała Johanne.
Dłuższą chwilę trwaliśmy w objęciach i żadne się nie poruszyło.
- Skąd jesteś? - zapytałem.
- Z Francji. Jestem Francuzką - odpowiedziała Johanne.
- Zatem jesteś jak Johanne d'Arc  -  zażartowałem.
- Mniej więcej - zaśmiała się. 
Wąskim, arkadowym korytarzem przeszliśmy do sypialni. Kilku pielgrzymów szykowało się do snu. W schronisku w Grańon nie ma łóżek. Śpi się na gimnastycznych materacach bezpośrednio na podłodze. Kiedy brakuje miejsca w sypialni pielgrzymi śpią na chórze w kościele. Pomimo, że miejsca było sporo, postanowiliśmy z Johanne przenieść się do kościoła. Wzięliśmy plecaki i materace i wróciliśmy na chór. 
- Jesteś profesjonalną piosenkarką, czy zakonnicą? - zapytałem, bo i jedno i drugie do niej pasowało. 
- Nie , nie jestem zakonnicą. Po prostu lubię śpiewać, zwłaszcza w kościołach. Kiedy wchodzę do jakiegoś kościoła to pytam czy mogę zaśpiewać.
- Słuchaj, mam świetny pomysł. Bo wiesz, ja wiele czasu spędziłem na Camino de Santiago... i dosyć dobrze znam szlak. Jeżeli chcesz, mogę Ci podać miejsca, gdzie warto się zatrzymać.
- Super! Pewnie, że chcę! 
- Usiedliśmy na materacu. Johanne wyjęła z plecaka przewodnik oraz długopis i zaznaczała miejsca i schroniska, które jej wymieniałem. Potem opowiadałem jej o Camino de Santiago i przygodach jakie przeżyłem na szlaku. Rozmawialiśmy do późnej nocy, nie tylko Camino. Zasnęliśmy na długo po tym jak pogaszono światła w schronisku.
Rano po śniadaniu odprowadziłem Johanne do głównej drogi.
- Dokąd, Vladi zamierzasz iść? - zapytała Johanne.
- Dzisiaj, do Najera - odpowiedziałem.
- A tak w ogóle?
-Atak w ogóle, to nie mam koncepcji. Pewnie poszukam jakiegoś schroniska, gdzie będę mógł pracować.
-Powodzenia Vladi i dziękuję za wszystkie informacje.
- Ja Tobie również dziękuję za piękny śpiew.
- Och, nie jest aż tak bardzo piękny.
- Jest piękny!
Objąłem ją ramieniem, przytuliłem i pocałowałem.
- Buen Camino, Johanne - powiedziałem na pożegnanie.
- Gracias, Vladi. Igualmente - odpowiedziała Johanne. Odwróciła się i ruszyła drogą do Belorado. Przez chwilę patrzyłem jak się oddala, subtelna i pełna wdzięku. Prawdziwa Mgiełka Miłości. Kiedy zniknęła mi z oczu wróciłem do schroniska.
 
 
ULTREIA!





      



                                    








 


 


                                                                                                             



piątek, 13 maja 2016

Kiedy noc zastanie Cię w drodze...

Było późne popołudnie, kiedy zbliżaliśmy się z Adamem do Najera. Wyruszyliśmy tego dnia z Logronio i pomimo przebytych trzydziestu kilometrów nie odczuwaliśmy zmęczenia. Minęliśmy kilka winnic, przekroczyli szosę przelotową Logronio - Burgos i znaleźliśmy się na przedmieściu Najera. 
- Co robimy, zatrzymujemy się tutaj czy idziemy dalej? - zapytał Adam. Adam pochodził z Oświęcimia i był moim wieloletnim przyjacielem. Ukończył historię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Kiedyś  był nauczycielem. Z nieznanych mi bliżej powodów utracił prawo do wykonywania zawodu.
- Czy  ja wiem, mam ochotę kontynuować... - odparłem niezdecydowany.
- Ja również - odpowiedział mój Stary Druh.
- No to idziemy dalej!
- Idziemy!
Postanowiliśmy kontynuować marsz dopóki nam starczy sił. Potem spędzić noc na szlaku.  W supermercado Eroski kupiliśmy chleb, sardynki w puszce, trochę sera i wino. W barze, nieopodal dworca autobusowego wypiliśmy kawę i zdecydowani na wszystko ruszyliśmy w  drogę. Przekroczyliśmy most i aleją nad brzegiem rzeki doszliśmy do schroniska. Przed schroniskiem stała grupa pielgrzymów. Byli wśród nich nasi znajomi z Galicji, Miguel i Ana.
- Hola! Que tal? Cześć! Co słychać? - zawołał na nasz widok Miguel. - Nie zatrzymujecie się tutaj? 
- Są jeszcze wolne łóżka - dodała Ana.
- Nie!  Śpimy dzisiaj na camino! - odpowiedziałem.
- Acha... No to Buen Camino, Amigos! - pozdrowili nas.
-Gracias! - odpowiedzieliśmy i zanurzyliśmy się w wąską, mroczną uliczkę wiodąca do Monasterio Santa Maria la Real.





W Azofra zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek w barze. Zdjęliśmy plecaki i usiedliśmy na tarasie na wprost zabytkowej studzienki. Kiedy zjawiła się kelnerka zamówiliśmy po lampce wina. Kelnerka do wina podała nam pincho: chleb z pomidorem, jajkiem, oliwką i krewetką, nabity na wykałaczkę.
- Nawet dobre to wino - zauważył Adam.
- Niezłe - zgodziłem się.
- Pincho też niczego sobie.
- Tak, szkoda że go tak mało podają.
W milczeniu delektowaliśmy się winem i spoglądali w głąb ulicy, gdzie od czasu do czasu pojawiał się jakiś zapóźniony pielgrzym.
- Masz jeszcze siły? - zapytał w pewnym momencie Adam.
- Zależy do czego - odparłem.
- Noo... do drogi.
- Jak trzeba będzie, to i do Santo Domingo de la Calzada zajdę tej nocy.
- Przeszliśmy dzisiaj prawie czterdzieści kilometrów - zauważył nieśmiało mój kompan.
- Wahasz się? - zapytałem prowokacyjnie.
- Nie! Skąd Ci to przyszło do głowy!
- No to idziemy dalej!
- Idziemy!



Byliśmy już kilka kilometrów za  Azofra, kiedy zaczęło się ściemniać. Pomimo naszego animuszu należało rozejrzeć się za jakimś miejscem na nocleg. Niestety, dookoła były same winnice. Ani kawałka trawiastego placu, na którym można by rozbić obóz. Przeszliśmy może z kilometr rozglądając się wokół, kiedy Adam zauważył na skraju winnicy ziemiankę.
- Spożytkujmy tą ziemiankę - zaproponowałem.
- Zobaczymy czy nadaje się do spania - powiedział Adam.
Ziemianka miała frontową ścianę, ale nie miała drzwi. Wewnątrz był niewielki stół, zbity z nieheblowanych desek. Po obu stronach stołu stały drewniane ławy. Ściany i strop również były drewniane. Natomiast podłoga była betonowa.  U powały jakiś pielgrzym zawiesił różaniec. Było tam w miarę czysto. W każdym razie nie było śmieci. Ziemianka wspaniale nadawała się na nocleg.
Zdjęliśmy plecaki. Po obu stronach stołu rozłożyliśmy karimaty a na nich śpiwory. Plecaki miały służyć za poduszki. Kiedy wymościliśmy sobie legowiska zajęliśmy się przygotowaniem kolacji. Mieliśmy dwa chleby, cztery puszki sardynek, spory kawałek żółtego sera i... cztery butelki wina. Wyłożyliśmy to wszystko na stół. Adam odkorkował butelkę i rozlał wino do plastykowych kubków.
- Na zdrowie! - zawołał Adam wznosząc toast. - Za Camino!
- Na zdrowie, Stary Druchu! - odpowiedziałem. - Za Camino! 
Wypiliśmy wino i zajęliśmy się jedzeniem. Nie robiliśmy kanapek. Sardynki jedliśmy prosto z puszki, przegryzali chlebem i serem i popijali winem.
- Jak daleko jest, stąd do Santo Domingo? - zapytał w pewnym momencie Adam.
- Nie wiem. Dziesięć... może jedenaście kilometrów - odpowiedziałem.
- To spokojnie mogliśmy to przejść tej nocy.
- A bo nam tu źle.
Zapadła noc. Nikłe promienie księżycowej poświaty wpadały do ziemianki. Było na tyle jasno, aby dojrzeć stojącą na stole butelkę i plastykowe kubki.
Jak już wspomniałem, Adam był z wykształcenia i zamiłowania historykiem. W czasie kolacji snuł opowieści o  średniowiecznej historii Polski. Nie teoretyzował i nie gloryfikował. Mówił o faktach, zapisanych w kronikach i dokumentach. Miło było go słuchać w taką noc, w ziemiance, na  Camino de Santiago, które nierozerwalnie związane jest  z tamtą epoką. Miło było... tak gdzieś do połowy trzeciej butelki.
Nalewałem właśnie wino i nieopatrznie potrąciłem kubek. Kubek się przewrócił i wino rozlało się na stół.
- "Nie rozlewaj Waść wina!" - zawołał Adam cytując "Ogniem i Mieczem" H. Sienkiewicza, co było u niego normalne na tym etapie.
- Sorry, Stary! - przeprosiłem.
- Nie rozlewaj Waść wina! 
- Powiedziałem: sorry!
- ''Patrzcie Mości Panowie, jak Starosta Czapliński karczmę opuszcza!''- kontynuował swoją tyradę.
- Wiesz co Adaś, napij Ty się lepiej... - powiedziałem pojednawczo wręczając mu kubek z winem.
Wziął kubek do ręki, spojrzał na mnie i zapytał:
- To o czym chcesz posłuchać, może o tym dlaczego Judasz się powiesił?  Chcesz posłuchać o Judaszu?
- Nie mam najmniejszej ochoty! - odburknąłem. Miałem dość takiego pielgrzymiego życia o ile to można było nazwać pielgrzymim życiem. Wiedziałem, że już się z nim nie dogadam. Wyszedłem na dwór pozostawiając Adama z jego historycznymi rozważaniami. Chciałem się przewietrzyć. Zszedłem na drogę i ruszyłem w kierunku Najera. Noc była jasna a niebo bezchmurne i gwieździste, ale wiał zimny wiatr i było chłodno. Dobrze się stało, że znaleźliśmy tą ziemiankę.





ULTREIA!

poniedziałek, 9 maja 2016

Bardzo krótka opowieść...

Pewien baskijski poeta, nieopodal Irunu, na szlaku północnym Camino de Santiago, otworzył bar dla pielgrzymów. Ponad drzwiami zawiesił tablicę z napisem:

Tutaj się mówi po:
baskijsku, kastylijsku, katalońsku,
angielsku, niemiecku, włosku,
francusku, portugalsku,
polsku, rosyjsku...

- I Ty mówisz w tych wszystkich językach? - zapytał go przyjaciel.
- Ja nie - odparł poeta - ale goście, którzy się tu zatrzymują mówią.

Historia z Camino de Santiago opowiedziana przez hospitalero Matiasa Elizaldo.


sobota, 23 kwietnia 2016

Seniorzy cz.III


Było to końcem lata, dwa tysiące jedenastego roku. Pracowałem wtedy w albergue "San Roce", w Molinaseca i jak każdego popołudnia siedziałem za biurkiem wystawionym na zewnątrz schroniska, pod nisko wiszącym okapem. Na biurku leżała książka meldunkowa, pieczątka, jakieś ulotki, broszury i mapki Camino de Santiago oraz powieść Josepha Conrada " Jądro Ciemności", którą akurat czytałem. Białobury, mały kotek siedział mi na kolanach a Alma (suczka, która wiosną tego roku przybłąkała się do schroniska) spała pod biurkiem. Miało się już ku wieczorowi i w schronisku mieliśmy prawie komplet, kiedy zjawił się ostatni pielgrzym. Był bardzo zmęczony. Zdjął plecak i o nic nie pytając dosłownie padł na plastykowe krzesło.
- Chce pan u nas nocować? - zapytałem grzecznie.Zwracałem się do niego przez "Pan", choć rzadko to robię. Jednak pielgrzym był mocno posunięty w latach. 
- Tak, oczywiście. Są jeszcze wolne łóżka? - zapytał pielgrzym.
- Mamy wolne łóżka - odpowiedziałem. - A chociażby nie było, zawsze znajdzie się jakieś miejsce do spania. Poproszę o pański credencial.
- Tak, tak. Oczywiście, już... - odparł nieco zmieszany i zaczął przeszukiwać kieszenie ubrania. W ubraniu nie znalazł... zaczął nerwowo przeszukiwać plecak.
- O jest! Proszę, proszę bardzo - zawołał uradowany i położył na biurku książeczkę pielgrzyma.
Był Francuzem i pochodził z pod Paryża. Na Camino de Santiago wyruszył z Lourdes a zeszłej nocy nocował w Murias de Rechivaldo, czego dowiedziałem się z credencialu.
- Wyszedł pan dzisiaj z Murias? - zapytałem dla pewności.
- Owszem i dlatego tak późno przyszedłem - wyjaśnił pielgrzym.
Wtedy zapomniałem o formie grzecznościowej i  zwróciłem się do niego wprost:
- Człowieku, przeszedłeś dzisiaj ponad czterdzieści kilometrów, pokonując najwyższe punkty na Camino de Santiago: Foncebadon i Cruz de Ferro! Ile Ty masz lat?
- Osiemdziesiąt cztery - odparł skromnie.
Tego było dla mnie już za wiele. Zerwałem się z krzesła i mocno staruszka uścisnąłem. Był szczupły, wręcz chudy i wyczuwałem jego kościste ciało. Potem wziąłem jego plecak i wyniosłem na piętro, gdzie była sypialnia. Staruszek podążał za mną. Pokazałem które łóżko jest jego i wróciłem na dół. Schodząc nie mogłem wyjść z podziwu:
- Niesamowite! Osiemdziesiąt cztery lata... Czterdzieści kilometrów... Foncebadon... Cruz de Ferro...
W przypływie emocji zapomniałem pobrać od niego opłatę za nocleg.
Pół godziny później staruszek stawił się przy biurku. Był wykąpany, odświeżony i przebrany. Poruszał się energicznie, jakby ubyło mu ze czterdzieści lat.
- Chyba zapomniałem zapłacić. Bardzo przepraszam - powiedział cicho, jakby się wstydził i wręczył mi dziesięcioeurowy banknot.
- Rzeczywiście, nie zapłącił pan - przypomniałem sobie wydając mu resztę z dziesiątki - ale to moja wina. To przez emocje, bo kiedy usłyszałem, że przeszedł pan czterdzieści kilometrów w ciągu jednego dnia, w najwyższych punktach szlaku. W pańskim wieku...
- Eee... Co tam... Nie pierwszy raz idę do Santiago - odparł staruszek.
- Więc, pan już był na Camino?
- Owszem, dziesięć razy. Teraz jestem jedenasty.
- Jesu Chryste! - zawołałem kryjąc twarz w dłoniach. - Do tego przekraczał pan Pireneje w Somport, gdzie szlak prowadzi przez lodowiec. Jezu Chryste, w tym wieku - Powtarzałęm, nie mogąc wyjść z podziwu i z pełnym szacunkiem pokłoniłem się kładąc prawą dłoń na sercu.
Okazało się, że był emerytowanym kapitanem  marynarki handlowej i wiele podróżował.
- Praktycznie całe życie spędziłem na morzu - mówił. - Porty całego świata były moim miejscem zamieszkania a kajuta kapitańska zastępowała dom, w którym tak rzadko bywałem. A i teraz niewiele tam przebywam. Jak dojdę do Finisterre - bo idę do Finisterre - wrócę na kilka dni do Paryża. Potem wybieram się na Dominikanę. Posiedzę tam miesiąc lub dwa, odpocznę i polecę do Australii. Moja kobieta mieszka w Australii, w Melbourne. Podróż to moje życie, synu, dlatego większą jego część spędzam na walizkach... Gdzie tutaj można dobrze zjeść?
- Najlepiej w "Mezon Palacio". To na drugim końcu miasteczka. Zaraz przy moście - wyjaśniłem. - Mają tam wyśmienitą, sopa de pescado, zupę rybną.
- To wspaniale, bo ja bardzo lubię ryby. Pamiętam jak na Camino del Norte, w Castro wstąpiłem na obiad do przytulnej, nadmorskiej restauracji i zamówiłem sobie sardynki. Były bardzo dobre te sardynki i poprosiłem o drugą porcję. Do picia miałem butelkę lokalnego wina. Wino też było dobre i sam wypiłem całą butelkę. Po obiedzie ruszyłem w drogę. Uszedłem może ze sto metrów i czułem, że zaczyna mi się w głowie kręcić.  O nie - myślę sobie - dalej iść nie mogę. No i zatrzymałem się w hotelu, bo schroniska tam nie było. Przepraszam rozgadałem się. Zatem, mam iść do mostu... Jak nazywa się ta restauracja? 
- Meson de Palacio. Będzie po lewej stronie - wyjaśniłem. - Łatwo trafić.
- Dziękuję - powiedział staruszek i ruszył żwirowaną ścieżką ku bramie. Przez chwilę patrzyłem, jak się oddala i znika za żywopłotem.
Gdy zjawił się Matias aby objąć dyżur na recepcji, wziąłem Almę na smycz i poszedłem na spacer nad rzekę. Białobury kotek towarzyszył nam aż do bramy.



ULTREIA!

piątek, 1 kwietnia 2016

Przełęcz


 Było mroźne, niedzielne, popołudnie, kiedy z Cercedilla, niewielkiego pueblo położonego u stóp gór Sierra Guadarrama,   wyruszyłem w kierunku przełęczy Fuenfria. Przełęcz znajduje się na wysokosci około dwóch tysięcy metrów.  Wiedzie tamtędy, Madrycka Droga do Santiago (Camino Madrileño). Po raz pierwszy przeszedłem ją w dwa tysiące dwunastym roku. Przełęcz przekraczałem pewną zimową nocą, brnąc po kolana w śniegu. Nie znałem drogi, kierowałem się intuicją i śladami, które ktoś pozostawił na śniegu kilka dni wcześniej. Tym razem miało być łatwiej... 




 Na odcinku, od miasteczka do przełęczy, camino łączy się z popularnymi szlakami turystycznymi. Mijałem wielu turystów powracających z górskiej eskapady. Szli grupami lub pojedyńczo. Na parkingu, gdzie kończy się asfalt a zaczyna leśna ścieżka, wstąpiłem do ostatniego po tej stronie gór baru. W barze było sporo ludzi. W większości byli to mieszkancy Madrytu i Segovii, spędzający weekend w Sierra Guadarrama. Wypiłem tam tylko gorącą kawę z mlekiem i poszedłem dalej...




Wąska, udeptana w śniegu ścieżka, łagodnie pięła się w górę.  Niebo było zachmurzone i zanosiło się na śnieżyce. Wokół panowała cisza zakłócana jedynie szumem wiatru   i moim przyspieszonym oddechem. Czasem w głuszy zakrakał kruk... 
Byłem  dosyć wysoko i nie spotykałem już turystów, co najwyżej spłoszone zające umykające w popłochu. Tak, gdzieś po godzinie wspinaczki dotarłem do małego, kamiennego mostu, przerzuconego ponad wartkim, górskim strumieniem. Pamietałem, że za tym mostem zaczyna się długie i strome podejscie na szczyt. Dlatego  w tym miejscu zaplanowałem  postój. Zdjąłem plecak, usiadłem na kamiennej barierce, zapaliłem papierosa. Rozkoszowałem się widokiem ośnieżonych, górskich szczytów, pogrążonych w przedwieczornej ciszy...

 


 

Po krótkim odpoczynku wznowiłem wspinaczkę. Nadciagał zmierzch a do szczytu wciąż było daleko. Śnieg zalegał grubą warstwą.  Nie była to już udeptana ścieżka. Kierowałem się śladami rakiet pozostawionymi przez jakiegoś zaprawionego w górskiej wędrówce, turystę.
Zapadałem się coraz głebiej w śniegu. Czasem upadałem przygnieciony ciężarem plecaka, dźwigałem się, otrzepywałem  i brnąłm dalej...
Do szczytu pozostało kilkadziesiąt metrów, kiedy zawiało i zaczął padać śnieg. Straciłem orientację.



Prawdę mówiąc,  nie wiem jak znalazłem się na szczycie. Pamiętałem, że była tam tablica informacyjna, kilka metrów na lewo kamienny słupek z  żółtą strzałką wskazującą kierunek  drogi do   Santiago, a nieco dalej drewniany płot. Za płotem ciągnęła się szeroka na kilkanaście metrów, leśna przesieka... To wszystko co pamietałem z poprzedniej pielgrzymki. Było to jednak kilka lat temu - co prawda po zmierzchu - ale bez wiatru i śnieżnej zadymki. Teraz cała polana, była białą, pofałdowaną płaszczyzną z   kępą karłowatych drzew po środku. Padał gęsty śnieg i wiał wiatr. Po kilku minutach błądzenia, dostrzegłem, ukrytą pośród   drzew, tablicę informacyjną. Nieco dalej, na lewo od tablicy, znalazłem słupek z żółtą strzałką, a śnieżna zaspa  odgradzająca polanę od leśnej przesieki, okazała się płotem. Zdjąłem plecak i usiadłem.
Znajdowałem się  wysoko w górach. Nikt nie wiedział skąd wyruszyłem, ani dokąd zmierzam - w ogóle nikt nie wiedział o mojej obecności  tutaj. Do tego padał śnieg i nadciagała noc...



Ponownie straciłem równowagę, zatoczyłem się i upadłem. Nieprzespana nocka, spędzona w barze w Cerceda, dwudziestokilometrowy, poranny marsz do Cercedilla, potem wspinaczka, wysokość i mróz wyczerpały moje siły. Nie mogłem się podnieść. Na klęcząco zdjąłem plecak i dopiero wtedy udało mi się stanąć na nogi. Ale kiedy  ponownie założyłem plecak, zapadłem się w śniegu do kolan. Kiedy się wygrzebałem postawiłem pierwszy krok. Znowu mną zachwiało. Tym razem nie upadłem. Potem następny krok... i następny... Przebijając się przez zaspy brnąłem naprzód. Stopniowo ogarniała  mnie senność, znurzenie a na końcu pojawił się strach. Po raz pierwszy  przeraziłem się gór. Z minuty na minutę opadałem z sił. Przed oczami stawały mi obrazy pielgrzymów, którzy zimą przeprawiali się przez Pireneje i zamarzli w górach. W głowie pulsowała jedna, zbawcza myśl: ''Nie siadaj, jak usiądziesz, zaśniesz i już się nie obudzisz!''
Pokonanie kolejnej zaspy wymagało wręcz heroicznego wysiłku. Była nienaturalnych rozmiarów i zajmowała całą szerokość przesieki. Kiedy się z niej stoczyłem - bo stoczyłem się z niej - okazało się że leżę na... asfalcie. Asfalt pokrywała cieńka warstwa świeżego śniegu. Jakiś genialny umysł wpadł na pomysł, aby odśnieżyć szosę tylko do tego miejsca. Podniosłem się, otrzepałem i ruszyłem w drogę. W dole jarzyły się światła miasteczka, Valsain, do którego zmierzałem.

* * *

Wieczorem nastepnego dnia z niewielkiego pueblo, Los Huertos, gdzie nie było albergue para peregrinos, ani nawet baru, zabrał mnie  pewien kierowca srebrzystego opla jadący do Santa Maria la Real de Nieva. Kiedy w czasie jazdy opowiadałem  o    nocnej przeprawie przez Sierra Gudarrama, skomentował to krótko:
- To ja zostawiłem te ślady rakiet na śniegu. Gdybyś tam, w górach, usiadł i zasnął, pewnie znalazłby Cię jakiś turysta... w następny weekend. Zimą pielgrzymi omijają tą przełęcz.

ULTREIA




środa, 30 marca 2016

Seniorzy cz.II

Schronisko w Bercianos mieści się w starym, kamiennym budynku na skraju wioski i za wyjątkiem jadalni, kuchni, ubikacji i schodów na piętro wszystko  w nim jest stare. Stare są drzwi i stare okiennice, i meble są stare a łóżka, choć współczesne, też nie są nowe. Jest to albergue parafialne i płaci się donativo (datek). Wieczorem pielgrzymi spożywają wspólnie kolację przygotowaną przez hospitaleros. Panuje tam ciepła, familijna atmosfera.

Przybyłem tam późnym popołudniem. Jak zawsze po zameldowaniu zająłem sobie łóżko, wykąpałem się i przebrałem. Potem wyszedłem na ogrodzone drucianą siatką podwórze przylegające do budynku. Na podwórzu ustawione były plastykowe stoliki i krzesła a pomiędzy drzewami rozciągnięte były sznury do suszenia bielizny.
Moje przybycie od razu zostało zauważone przez pielgrzymów siedzących przy jednym ze stolików
- Napijesz się z nami wina? - zapytał wysoki, postawny mężczyzna, o śniadej cerze i czarnych jak smoła włosach. 
- Oczywiście, z przyjemnością - odpowiedziałem. Wziąłem krzesło i przysiadłem się do stolika.
- Miguel jestem - przedstawił się mężczyzna o śniadej cerze i wręczył mi plastykowy kubek z winem. - Skąd jesteś?
- Z Polski. Mam na imię Vladi  - przedstawiłem się i przepiłem do długowłosego młodzieńca o imieniu Jorge. 
- Tak myślałem: Polak albo Rosjanin - powiedział jegomość z dużym brzuchem, pyzatą, okrągłą twarzą  i podgardlem wielkim, jakby chorował na tarczycę. Jegomość miał na imię Paco.
- Pierwszy raz idziesz do Santiago? - zapytał Jorge.
- Nie - odpowiedziałem. - Kilka razy już przeszedłem camino.
- Kilka, to znaczy ile? - dociekał Jorge.
- Szczerze mówiąc nie wiem, bo nie liczę. W każdym razie dużo. Mogę śmiało powiedzieć, że Camino de Santiago, to mój drugi dom - odparłem.
- Jose ma siedemdziesiąt dziewięć lat i po raz siódmy idzie do Santiago - zauważył Miguel wskazując na starszego pana siedzącego na przeciwko mnie. 
- Ile lat? - zapytałem z niedowierzaniem.
- Siedemdziesiąt dziewięć - potwierdził Jose.
- Niesamowite - powiedziałem i przyjrzałem się naszemu nestorowi. Szczerze mówiąc nie wyglądał na swoje lata. Był niski i chudy, ale mięśnie miał żylaste a ruchy nad wyraz energiczne jak na swój wiek. Na jego zapadniętej twarzy jarzyło się dwoje   żywych, wesolych oczu. Włosy miał siwe i nosił długą, siwą brodę.
- Zatem zdrowie "Naszego Nestora"! - zawołałem i serdecznie uściskałem staruszka. Miguel postawił na stole drugą butelkę wina.
- Rzeczywiście siódmy raz idziesz do Santiago? - zapytałem.
- Tak - odparł Jose - i chyba ostatni.
- Nie mów tak, Jose!  Nieźle się trzymasz! - zauważył Paco. 
- Jeszcze nie jeden raz przejdziesz tę drogę - dodał Jorge. Miguel rozlał wino do plastykowych kubków.
- Może i się trzymam, ale z roku na rok jestem słabszy - wyznał Jose. Był skromny i miał w sobie dużo pokory.
-  Skąd pochodzisz? - zapytałem go.
- Z Bilbao, jestem Baskiem - wyjaśnił Jose.
- Wyruszyłeś kiedyś na camino ze swojego domu, z Bilbao? - dopytywałem się. Ten wiekowy pielgrzym ujął mnie za serce, jak zresztą każdy z jego pokolenia idący do Santiago. Pragnąłem dowiedzieć się coś więcej o jego pielgrzymkach.
- Owszem, dwa razy. Pierwszy raz, gdy miałem sześćdziesiąt pięć lat. Szedłem wtedy Drogą północną - mówił Jose - tą która biegnie wzdłuż wybrzeża. Nie powiem, nawet ładnie było: po prawej ręce miałem ocean, po lewej góry. Tylko, że bardzo ciężko. Prawie przez cały czas trzeba było wspinać się w górę  albo schodzić w dół. Trzydziestokilometrowy odcinek na szlaku północnym męczył mnie bardziej niż czterdzieści kilometrów na Drodze Francuskiej. Poza tym często musiałem iść szosą. Samochody pędziły w jedną lub w drugą stronę i trzeba było uważać. Do tego ten ryk wysokoprężnych silników ciężarówek i smród spalin... koszmar.
- Wiem jak tam jest - przerwałem mu - też szedłem wzdłuż Camino del Norte.
- Jak miałem sześćdziesiąt lat - kontynuował Jose - wybrałem się na nogach do Rzymu. Po drodze zatrzymałem się w Lourdes i w Le Puy, skąd do Santiago wyruszył, Almery Picaud, pierwszy francuski pielgrzym. Dwa miesiące wędrowałem, ale w Rzymie byłem tylko jeden dzień. Nie podobało mi się. Rzym to niebezpieczne miasto. Zaraz następnego dnia wyruszyłem w drogę powrotną. Pireneje przekroczyłem w Somport. Z Somport, szlakiem Aragońskim doszedłem do Puente la Reina, i dalej Drogą Francuską, do Santiago. Ponad cztery miesiące zajęła mi tamta pielgrzymka. Teraz bym się na coś takiego nie odważył. Wiek robi swoje  i nie mam już tyle sił co dawniej - westchnął i zamilkł.
Paco odkorkował kolejną butelkę i rozlał wino do kubków. Chwilę później podszedł do nas hospitalero i powiedział, że kolacja jest już gotowa. Dopiliśmy więc wino i poszliśmy  za nim, do jadalni na "małe, co nie co".



ULTREIA!