WPROWADZENIE

piątek, 1 kwietnia 2016

Przełęcz


 Było mroźne, niedzielne, popołudnie, kiedy z Cercedilla, niewielkiego pueblo położonego u stóp gór Sierra Guadarrama,   wyruszyłem w kierunku przełęczy Fuenfria. Przełęcz znajduje się na wysokosci około dwóch tysięcy metrów.  Wiedzie tamtędy, Madrycka Droga do Santiago (Camino Madrileño). Po raz pierwszy przeszedłem ją w dwa tysiące dwunastym roku. Przełęcz przekraczałem pewną zimową nocą, brnąc po kolana w śniegu. Nie znałem drogi, kierowałem się intuicją i śladami, które ktoś pozostawił na śniegu kilka dni wcześniej. Tym razem miało być łatwiej... 




 Na odcinku, od miasteczka do przełęczy, camino łączy się z popularnymi szlakami turystycznymi. Mijałem wielu turystów powracających z górskiej eskapady. Szli grupami lub pojedyńczo. Na parkingu, gdzie kończy się asfalt a zaczyna leśna ścieżka, wstąpiłem do ostatniego po tej stronie gór baru. W barze było sporo ludzi. W większości byli to mieszkancy Madrytu i Segovii, spędzający weekend w Sierra Guadarrama. Wypiłem tam tylko gorącą kawę z mlekiem i poszedłem dalej...




Wąska, udeptana w śniegu ścieżka, łagodnie pięła się w górę.  Niebo było zachmurzone i zanosiło się na śnieżyce. Wokół panowała cisza zakłócana jedynie szumem wiatru   i moim przyspieszonym oddechem. Czasem w głuszy zakrakał kruk... 
Byłem  dosyć wysoko i nie spotykałem już turystów, co najwyżej spłoszone zające umykające w popłochu. Tak, gdzieś po godzinie wspinaczki dotarłem do małego, kamiennego mostu, przerzuconego ponad wartkim, górskim strumieniem. Pamietałem, że za tym mostem zaczyna się długie i strome podejscie na szczyt. Dlatego  w tym miejscu zaplanowałem  postój. Zdjąłem plecak, usiadłem na kamiennej barierce, zapaliłem papierosa. Rozkoszowałem się widokiem ośnieżonych, górskich szczytów, pogrążonych w przedwieczornej ciszy...

 


 

Po krótkim odpoczynku wznowiłem wspinaczkę. Nadciagał zmierzch a do szczytu wciąż było daleko. Śnieg zalegał grubą warstwą.  Nie była to już udeptana ścieżka. Kierowałem się śladami rakiet pozostawionymi przez jakiegoś zaprawionego w górskiej wędrówce, turystę.
Zapadałem się coraz głebiej w śniegu. Czasem upadałem przygnieciony ciężarem plecaka, dźwigałem się, otrzepywałem  i brnąłm dalej...
Do szczytu pozostało kilkadziesiąt metrów, kiedy zawiało i zaczął padać śnieg. Straciłem orientację.



Prawdę mówiąc,  nie wiem jak znalazłem się na szczycie. Pamiętałem, że była tam tablica informacyjna, kilka metrów na lewo kamienny słupek z  żółtą strzałką wskazującą kierunek  drogi do   Santiago, a nieco dalej drewniany płot. Za płotem ciągnęła się szeroka na kilkanaście metrów, leśna przesieka... To wszystko co pamietałem z poprzedniej pielgrzymki. Było to jednak kilka lat temu - co prawda po zmierzchu - ale bez wiatru i śnieżnej zadymki. Teraz cała polana, była białą, pofałdowaną płaszczyzną z   kępą karłowatych drzew po środku. Padał gęsty śnieg i wiał wiatr. Po kilku minutach błądzenia, dostrzegłem, ukrytą pośród   drzew, tablicę informacyjną. Nieco dalej, na lewo od tablicy, znalazłem słupek z żółtą strzałką, a śnieżna zaspa  odgradzająca polanę od leśnej przesieki, okazała się płotem. Zdjąłem plecak i usiadłem.
Znajdowałem się  wysoko w górach. Nikt nie wiedział skąd wyruszyłem, ani dokąd zmierzam - w ogóle nikt nie wiedział o mojej obecności  tutaj. Do tego padał śnieg i nadciagała noc...



Ponownie straciłem równowagę, zatoczyłem się i upadłem. Nieprzespana nocka, spędzona w barze w Cerceda, dwudziestokilometrowy, poranny marsz do Cercedilla, potem wspinaczka, wysokość i mróz wyczerpały moje siły. Nie mogłem się podnieść. Na klęcząco zdjąłem plecak i dopiero wtedy udało mi się stanąć na nogi. Ale kiedy  ponownie założyłem plecak, zapadłem się w śniegu do kolan. Kiedy się wygrzebałem postawiłem pierwszy krok. Znowu mną zachwiało. Tym razem nie upadłem. Potem następny krok... i następny... Przebijając się przez zaspy brnąłem naprzód. Stopniowo ogarniała  mnie senność, znurzenie a na końcu pojawił się strach. Po raz pierwszy  przeraziłem się gór. Z minuty na minutę opadałem z sił. Przed oczami stawały mi obrazy pielgrzymów, którzy zimą przeprawiali się przez Pireneje i zamarzli w górach. W głowie pulsowała jedna, zbawcza myśl: ''Nie siadaj, jak usiądziesz, zaśniesz i już się nie obudzisz!''
Pokonanie kolejnej zaspy wymagało wręcz heroicznego wysiłku. Była nienaturalnych rozmiarów i zajmowała całą szerokość przesieki. Kiedy się z niej stoczyłem - bo stoczyłem się z niej - okazało się że leżę na... asfalcie. Asfalt pokrywała cieńka warstwa świeżego śniegu. Jakiś genialny umysł wpadł na pomysł, aby odśnieżyć szosę tylko do tego miejsca. Podniosłem się, otrzepałem i ruszyłem w drogę. W dole jarzyły się światła miasteczka, Valsain, do którego zmierzałem.

* * *

Wieczorem nastepnego dnia z niewielkiego pueblo, Los Huertos, gdzie nie było albergue para peregrinos, ani nawet baru, zabrał mnie  pewien kierowca srebrzystego opla jadący do Santa Maria la Real de Nieva. Kiedy w czasie jazdy opowiadałem  o    nocnej przeprawie przez Sierra Gudarrama, skomentował to krótko:
- To ja zostawiłem te ślady rakiet na śniegu. Gdybyś tam, w górach, usiadł i zasnął, pewnie znalazłby Cię jakiś turysta... w następny weekend. Zimą pielgrzymi omijają tą przełęcz.

ULTREIA




środa, 30 marca 2016

Seniorzy cz.II

Schronisko w Bercianos mieści się w starym, kamiennym budynku na skraju wioski i za wyjątkiem jadalni, kuchni, ubikacji i schodów na piętro wszystko  w nim jest stare. Stare są drzwi i stare okiennice, i meble są stare a łóżka, choć współczesne, też nie są nowe. Jest to albergue parafialne i płaci się donativo (datek). Wieczorem pielgrzymi spożywają wspólnie kolację przygotowaną przez hospitaleros. Panuje tam ciepła, familijna atmosfera.

Przybyłem tam późnym popołudniem. Jak zawsze po zameldowaniu zająłem sobie łóżko, wykąpałem się i przebrałem. Potem wyszedłem na ogrodzone drucianą siatką podwórze przylegające do budynku. Na podwórzu ustawione były plastykowe stoliki i krzesła a pomiędzy drzewami rozciągnięte były sznury do suszenia bielizny.
Moje przybycie od razu zostało zauważone przez pielgrzymów siedzących przy jednym ze stolików
- Napijesz się z nami wina? - zapytał wysoki, postawny mężczyzna, o śniadej cerze i czarnych jak smoła włosach. 
- Oczywiście, z przyjemnością - odpowiedziałem. Wziąłem krzesło i przysiadłem się do stolika.
- Miguel jestem - przedstawił się mężczyzna o śniadej cerze i wręczył mi plastykowy kubek z winem. - Skąd jesteś?
- Z Polski. Mam na imię Vladi  - przedstawiłem się i przepiłem do długowłosego młodzieńca o imieniu Jorge. 
- Tak myślałem: Polak albo Rosjanin - powiedział jegomość z dużym brzuchem, pyzatą, okrągłą twarzą  i podgardlem wielkim, jakby chorował na tarczycę. Jegomość miał na imię Paco.
- Pierwszy raz idziesz do Santiago? - zapytał Jorge.
- Nie - odpowiedziałem. - Kilka razy już przeszedłem camino.
- Kilka, to znaczy ile? - dociekał Jorge.
- Szczerze mówiąc nie wiem, bo nie liczę. W każdym razie dużo. Mogę śmiało powiedzieć, że Camino de Santiago, to mój drugi dom - odparłem.
- Jose ma siedemdziesiąt dziewięć lat i po raz siódmy idzie do Santiago - zauważył Miguel wskazując na starszego pana siedzącego na przeciwko mnie. 
- Ile lat? - zapytałem z niedowierzaniem.
- Siedemdziesiąt dziewięć - potwierdził Jose.
- Niesamowite - powiedziałem i przyjrzałem się naszemu nestorowi. Szczerze mówiąc nie wyglądał na swoje lata. Był niski i chudy, ale mięśnie miał żylaste a ruchy nad wyraz energiczne jak na swój wiek. Na jego zapadniętej twarzy jarzyło się dwoje   żywych, wesolych oczu. Włosy miał siwe i nosił długą, siwą brodę.
- Zatem zdrowie "Naszego Nestora"! - zawołałem i serdecznie uściskałem staruszka. Miguel postawił na stole drugą butelkę wina.
- Rzeczywiście siódmy raz idziesz do Santiago? - zapytałem.
- Tak - odparł Jose - i chyba ostatni.
- Nie mów tak, Jose!  Nieźle się trzymasz! - zauważył Paco. 
- Jeszcze nie jeden raz przejdziesz tę drogę - dodał Jorge. Miguel rozlał wino do plastykowych kubków.
- Może i się trzymam, ale z roku na rok jestem słabszy - wyznał Jose. Był skromny i miał w sobie dużo pokory.
-  Skąd pochodzisz? - zapytałem go.
- Z Bilbao, jestem Baskiem - wyjaśnił Jose.
- Wyruszyłeś kiedyś na camino ze swojego domu, z Bilbao? - dopytywałem się. Ten wiekowy pielgrzym ujął mnie za serce, jak zresztą każdy z jego pokolenia idący do Santiago. Pragnąłem dowiedzieć się coś więcej o jego pielgrzymkach.
- Owszem, dwa razy. Pierwszy raz, gdy miałem sześćdziesiąt pięć lat. Szedłem wtedy Drogą północną - mówił Jose - tą która biegnie wzdłuż wybrzeża. Nie powiem, nawet ładnie było: po prawej ręce miałem ocean, po lewej góry. Tylko, że bardzo ciężko. Prawie przez cały czas trzeba było wspinać się w górę  albo schodzić w dół. Trzydziestokilometrowy odcinek na szlaku północnym męczył mnie bardziej niż czterdzieści kilometrów na Drodze Francuskiej. Poza tym często musiałem iść szosą. Samochody pędziły w jedną lub w drugą stronę i trzeba było uważać. Do tego ten ryk wysokoprężnych silników ciężarówek i smród spalin... koszmar.
- Wiem jak tam jest - przerwałem mu - też szedłem wzdłuż Camino del Norte.
- Jak miałem sześćdziesiąt lat - kontynuował Jose - wybrałem się na nogach do Rzymu. Po drodze zatrzymałem się w Lourdes i w Le Puy, skąd do Santiago wyruszył, Almery Picaud, pierwszy francuski pielgrzym. Dwa miesiące wędrowałem, ale w Rzymie byłem tylko jeden dzień. Nie podobało mi się. Rzym to niebezpieczne miasto. Zaraz następnego dnia wyruszyłem w drogę powrotną. Pireneje przekroczyłem w Somport. Z Somport, szlakiem Aragońskim doszedłem do Puente la Reina, i dalej Drogą Francuską, do Santiago. Ponad cztery miesiące zajęła mi tamta pielgrzymka. Teraz bym się na coś takiego nie odważył. Wiek robi swoje  i nie mam już tyle sił co dawniej - westchnął i zamilkł.
Paco odkorkował kolejną butelkę i rozlał wino do kubków. Chwilę później podszedł do nas hospitalero i powiedział, że kolacja jest już gotowa. Dopiliśmy więc wino i poszliśmy  za nim, do jadalni na "małe, co nie co".



ULTREIA!
 

wtorek, 15 marca 2016

Seniorzy cz.I

Tym razem chciałbym poświęcić kilka słów grupie pielgrzymów uprzywilejowanych, czyli wymagających szczególnej troskiNależą do nich miedzy innymi rodzice odbywający, bądź co bądź, trudną drogę do Santiago, z małymi dziećmi a nawet z niemowlakami. Sam byłem świadkiem jak do schroniska San Javier w Astordze, gdzie pracowałem ponad dwa lata, przyszła matka z półtorarocznym dzieckiem w... plecaku. Jej bagaże podróżowały taksówkąOczywiście zorganizowaliśmy im odpowiednie warunki, jakich wymaga taki mały pielgrzymPodobno pierwszy raz pielgrzymował jak miał pięć miesięcy i był, jak dotąd, najmłodszym pielgrzymem na Camino de Santiago. Tak przynajmniej twierdziła jego matka.
Inną grupą uprzywilejowaną są pielgrzymi chorzy i kalecy, poruszający się o kulach lub na wózkach inwalidzkich. Nigdy nie zapomnę pewnej kobiety, którą poznałem w schronisku "Ave Fenix" w Villafranca del Bierzo. Nie miała nóg i poruszała się na protezach podpierając kulami. Pracowałem wtedy w tym schronisku i dla nas, hospitaleros, jak i dla pozostałych pielgrzymów ta kobieta - być może zabrzmi to patetycznie - była wzorem   całkowitego zawierzenia Świętemu Jakubowi  i przypadkowo poznanym ludziom, bez pomocy których  nie byłaby w stanie pokonać niezwykłej Drogi do Santiago.
Ostatnią taką grupą są seniorzy i to im w szczególności chciałbym poświęcić ten post.


Było to latem dwa tysiące siódmego roku, kilka miesięcy po śmierci mojego ojca.   Wraz z kilkoma poznanymi w drodze pielgrzymami odpoczywaliśmy na skraju leśnej ścieżki, gdzieś pomiędzy Monasterio de Iraxe a Los Arcos. Leżałem na trawie z plecakiem pod głową i opowiadałem swoje przygody z wcześniejszych pielgrzymek, gdy na drodze ukazał się nieznany nam peregrino. Poruszał się wolno, ostrożnie stawiając małe niepewne kroki. Podpierał się dwoma kijami i dźwigał mały plecak. Wyglądał na wiekowego staruszka.
-Buen Camino, Peregrino! Dobrej Drogi, Pielgrzymie! - pozdrowiliśmy go.
- Buen Camino! - odpowiedział pielgrzym.
- Z daleka Pan idzie? - zapytałem próbując nawiązać rozmowę ze staruszkiem.
- Z Monjardin.  A wy skąd?
- Z Estella. Dzisiaj wszyscy wyruszyliśmy z Estella. A na pielgrzymkę z Pamplony - wyjaśniłem.
- Mów za siebie, Vladi, bo my z Marią wyszliśmy z Roncesvalles - obruszył się Giuseppe, młody Włoch, który pielgrzymował ze swoją dziewczyną, Marią. Oboje pochodzili z Peruggi.
- Właśnie, mów za siebie, Vladi - powtórzyła Maria i "puściła mi oko".
- W porządku, już nic nie powiem - odrzekłem z udawaną skruchą. - Odtąd będę milczał jak grób.
- A ja z Saint Jean Pie de Port - wtrącił milczący dotąd Brazylijczyk, którego imienia nie pamiętam.
- Ja również z  Saint Jean Pie de Port - powiedział staruszek. - Idę powoli. Wiek nie pozwala mi biegać po szlaku, tak jak wam, młodym.  
- To ile pan ma lat? - zapytałem.
- Miałeś, Vladi, milczeć jak grób - przypomniała Maria.
- Zatem, ile pan ma lat? - powtórzyłem pytanie ignorując Marię i jej docinki.
- Osiemdziesiąt cztery i czwarty raz idę do Santiago - oznajmił staruszek z nieukrywaną dumą.
- W tym wieku przekraczał pan Pireneje! - zawołałem,  zerwałem się z legowiska i serdecznie uściskałem staruszka. Tacy ludzie ujmują mnie za serce. Ludzie, którzy nie poddają się upływowi czasu i w każdym wieku gotowi są do realizacji swoich marzeń.
- Tylko pozazdrościć zdrowia i kondycji  - pogratulowałem. - Skąd pan pochodzi?
- Z Francji. Jestem Francuzem - wyjaśnił. - No, ale na mnie już czas. Chodzę powoli i muszę się zbierać, żeby na kolację zdążyć do Los Arcos. Miło mi było was poznać - pożegnał się, staruszek i ruszył w drogę wolno szurając butami po suchej, udeptanej ścieżce.
-  Chciałbym mieć taką kondycje, gdy będę w jego wieku - powiedziałem, wpatrując się w zakręt ścieżki, za którym zniknął staruszek.
- A ja bym chciała chociaż dożyć tylu lat - dodała Maria. Brazylijczyk i Giuseppe powstrzymali się od komentarzy. Kwadrans później  założyliśmy plecaki i ruszyliśmy w drogę. Dzień był pogodny i ciepły a niebo błękitne. Wokół rozbrzmiewał śpiew ptaków oraz brzęczenie owadów i pszczół wybierających nektar z kwiatów. Szliśmy żwirowatą ścieżką, pośród pól i lasów. Dobrze było wędrować razem i cieszyć się młodością w taki dzień jak ten. 


ULTREIA!

czwartek, 3 marca 2016

Taki sobie deszczowy dzień na szlaku...

Panowała jeszcze noc, kiedy, nie bez wysiłku, zamykałem ciężkie wrota przyklasztornego schroniska w Samos. Przybyłem tam wieczorem poprzedniego dnia. Mam sentyment do tego miejsca i zawsze w drodze do Santiago zatrzymuję się w Samos; ciche senne miasteczko, położone w wąskiej, otoczonej niewielkimi wzgórzami dolinie, z dominującym szesnastowiecznym klasztorem i srebrzystą wstęgą rzeki, Saria; miasteczko w którym ogarnia mnie - jakby to powiedzieć - swego rodzaju "leniwy błogostan". 
W schronisku nocowałem sam. Felix, Xavi i pewien Madrileńo - pielgrzymi poznani na szlaku, poszli do Sarii. Mieliśmy się spotkać następnego dnia w Portomarin. Do Portomarin miałem prawie czterdzieści kilometrów. Była zima i dni były krótkie, musiałem się więc sprężać.  Po drugiej stronie ulicy,  gdzie kończył się klasztorny mur, jarzyły się światła, pierwszego, otwartego o tak wczesnej porze baru. Wstąpiłem  tam na poranną kawę.  Byłem chyba pierwszym klientem.
- Dzień Dobry! - pozdrowiłem barmankę.
- Dzień Dobry - odpowiedziała barmanka. - Co podać?
- Kawę... kawę z mlekiem.
Kiedy barmanka zajęta była przygotowaniem kawy przejrzałem leżący na kontuarze  dziennik "La Voz de Galicia": korupcia w hiszpańskim rządzie, manifestacje w Madrycie - nic nowego. Znudzony odłożyłem gazetę. 
- Viene llubia. Nadchodzą deszcze - powiedziała barmanka stawiając przede mną kawę i dwie magdalenki wliczone w cenę.
Kawa była dobra i gorąca i przyjemnie rozgrzewała żołądek.
- Dzisiaj tylko pan nocował w Samos? - zapytała.
-Tak. Moi koledzy poszli do Sarii. Tylko ja zatrzymałem się w Samos.
- Był pan zmęczony?
- Nie, nie  byłem zmęczony. Po prostu lubię to pueblo, jest urocze - wyjaśniłem.
Otworzyły się drzwi i do baru weszło dwóch mężczyzn.
- Hola Maria! - zawołali od progu. - Dos cafe con leche! Dwie kawy z mlekiem!
Mężczyźni podeszli do kontuaru. Barmanka włączyła telewizor i zajęła się przygotowaniem kawy dla nowych gości. W telewizji właśnie podawali prognozę pogody...


Deszcz złapał mnie kilka kilometrów przed Sarią. Nie była to co prawda rzęsista ulewa lecz jednostajny, długotrwały deszcz, padający z jednolicie szarego nieba, a ja nie miałem poncho. Do Sarii doszedłem mokry i zziębnięty. W barze nieopodal ayuntamiento ogrzałem się, osuszyłem i wypiłem kolejną kawę. Kiedy opuszczałem bar wciąż padało. Padało, gdy przed Barbadelo, na niezbyt długim, aczkolwiek stromym podejściu ślizgałem się i tonąłem w błocie. I gdy mijałem Barbadelo, też padało... Zacząłem żałować, że nocowałem w Samos i zazdrościłem przyjaciołom, którzy, być może, zbliżali się już do Portomarin. 


Na obiad zatrzymałem się w Ferreiros. Właścicielka baru, tęga kobieta w średnim wieku, na mój widok złożyła ręce jak do modlitwy i zawołała:
- O Dios Mio! Desde donde vienes, peregrino? O Mój Boże! Skąd to przybywasz, pielgrzymie?
- Z Samos, dzisiaj tylko z Samos - odpowiedziałem z głupkowatym uśmiechem, bo i wyglądałem głupkowato: włosy miałem mokre i rozmierzwione, a buty i spodnie ubłocone; z plecaka i kurtki ciekła woda.
- Połóż plecak przy drzwiach... o tam... i na Miłość Boską, zdejmij tą kurtkę i powieś na krześle przy kominku... i ogrzej się, pielgrzymie. Zaraz przyniosę gorącą kawę z mlekiem... - dyrygowała mną nie dając dojść do słowa. Usiadłem przy stoliku obok kominka. Na kominku paliły się grube polana. Moja kurtka suszyła się na oparciu krzesła.  Rozejrzałem się wokół. Bar był przytulny i ciepły, urządzono go w stylu Camino de Santiago. Na frontowej ścianie wisiały fotografie pielgrzymów a ponad kominkiem drewniany kostur i muszle małża. Była tam również czyjaś Compostelana. 
- Pij póki gorąca - powiedziała właścicielka baru stawiając na stoliku dymiącą filiżankę kawy. - Będziesz coś jadł, pielgrzymie?
- Owszem - odparłem... i  zjadłem  lentejas na pierwsze, ensalada mixta na drugie danie i jogurt na deser. Potem wypiłem jeszcze jedną kawę i kieliszek orujo dla dodania sobie animuszu w drodze.
- Było tu dzisiaj trzech pielgrzymów - powiedziała właścicielka baru wręczając mi rachunek - ale oni wyszli z Sarii. Bardzo mili i sympatyczni ludzie.
- To moi przyjaciele. Dawno tu byli?
- Będzie ze trzy godziny... Teraz pewnie są w Portomarin. Jedli tutaj obiad. Bardzo byli mili, zwłaszcza jeden, taki wysoki Bask o ciemnej karnacji. Pochodził chyba z Vitorii...
- To Felix. Kiedyś był oficerem i walczył w Bośni.
- W Bośni?!
- Tak, opowiadał mi o tym.
- Proszę ich pozdrowić - poprosiła. - Jeśli ich oczywiście spotkasz.
- Dziękuję. Pozdrowię - obiecałem. Założyłem kurtkę i plecak i mówiąc: adios! skierowałem się do wyjścia.
- Buen Camino, Peregrino! Dobrej Drogi Pielgrzymie! - zawołała za mną właścicielka baru.  



Zapadł zmierzch, a ja miałem do przejścia około dziesięciu kilometrów. Wciąż padał deszcz. W zagłębieniach  kałuże zamieniły się w bajora, przez które, jeśli nie mogłem ich obejść, musiałem brodzić. Było to i tak bez znaczenia, buty od dawna miałem przemoczone. Na szczęście droga była dobrze oznakowana i nie natknąłem się na zawiłe, leśne rozdroża, które niczym złośliwe gnomy lekkomyślnego wędrowca kierują na manowce. Nic z tych rzeczy. Przeważnie była to asfaltowa, lokalna szosa łącząca okoliczne wioski. Dopiero, gdy szlak odbijał na wiodącą pośród pól drogę gruntową bywałem zdezorientowany. Przypisywałem to jednak panującym ciemnościom, niż złemu oznakowaniu.
Deszcz padał teraz ze zmiennym nasileniem. Kurtka i plecak znowu przemokły. Byłem mokry, zmęczony i było mi zimno. Marzyłem o ciepłej kąpieli, sutej kolacji i wygodnym łóżku... 




Światła Portomarin ujrzałem późnym wieczorem. Miasteczko położone było na wzgórzu, po drugiej stronie rzeki Mińo. Na szczycie wzgórza stał ufortyfikowany, romański kościół. Aby się tam dostać musiałem zejść wąską, stromą i krętą drogą do rzeki, przejść przez most, wspiąć się wysoko po schodach, przejść pod monumentalnym łukiem i byłem... prawie na miejscu.
Przyjaciół znalazłem barze, przy arkadowej uliczce, biegnącej obok kościoła. Ujrzałem ich przez szybę w drzwiach. Felix, Xavi i Madrileńo siedzieli przy zastawionym stole i jedli kolację. Było z nimi dwóch  mężczyzn, których nie znałem. Pchnąłem energicznie drzwi, podszedłem do stolika i powiedziałem z udawanym oburzeniem:
- Pięknie! A mnie nie zaprosiliście... 

ULTREIA!

środa, 24 lutego 2016

Fiesta Virgen del Carmen - Patronki Marynarzy i Ludzi Morza, w Redondela (Camino Portugues)

    



Był ciepły, letni wieczór. Siedzieliśmy z Januszem na tarasie kantyny portowej w Vigo. Właśnie skończyliśmy kolację i kelnerka zbierała puste  naczynia ze stolika; w butelce pozostało trochę wina, które  rozlała do szklanek i odeszła. Janusz sięgnął po szkło, uniósł na wysokość oczu, jakby chciał ocenić wartość trunku i poprzez rubinową czerwień wina spojrzał na ostatnie promienie słońca, padające na wody Ria de Vigo. 
- Pływałem kiedyś po tej zatoce - oznajmił  po chwili.
- Pływałeś! Kiedy? - zapytałem mocno zdziwiony, bo jakoś nie kojarzyłem go z morzem, a znamy się od lat. W końcu jest moim bratem.
- W czasie fiesty w Redondela - odparł. Zmoczył usta winem i odstawił szklankę.
- Byłeś na fieście w Redondela?!  Nie wspominałeś o tym!
- To było tamtego lata, kiedy środkową Portugalię ogarnęła fala pożarów, pamiętasz? - zapytał.
Oczywiście, że pamiętałem. Akurat przebywałem chwilowo w kraju i nie spotkaliśmy się wtedy na camino... ani w Hiszpanii, ani w Portugalii.
Zapadł już zmierzch i na nabrzeżu zapalono światła. Kelnerka przyniosła nam, zamówioną wcześniej kawę. 
- Na szlaku portugalskim dało się wyczuć pewien niepokój wśród pielgrzymów -  opowiadał Janusz. - Chociaż, jak  wspomniałem, pożary obejmowały środkową Portugalię a ja, do Santiago wyruszyłem z Porto. Po trzech dniach wędrówki dotarłem do Valence, przygranicznego miasteczka leżącego nad rzeką Mińo. Następnego dnia byłem już w Hiszpanii, w drodze do Redondela. Na miejsce przybyłem dosyć wcześnie, chyba przed południem, bo schronisko było jeszcze zamknięte. Miasteczko było odświętnie  przybrane, sklepy pozamykane, na ulicach niewielki ruch... jednym słowem, fiesta! Co miałem robić?  W barze nieopodal schroniska wypiłem kawę i poszedłem na plażę...
- Powiedz, jak pływałeś po tej zatoce, bo chyba nie wpław - zażartowałem.
- Cierpliwości, zaraz do tego dojdę - powiedział. Sięgnął po szklankę i napił się wina. Ja uraczyłem się kawą.
- Zatem, poszedłem na plażę... - kontynuował. - Właśnie szykowałem się do kąpieli, kiedy od strony miasta, przy akompaniamencie orkiestry dętej, nadciągnęła niezwykła procesja zmierzająca do portu. Na jej czele szli marynarze w strojach galowych z figurą, Najświętszej Marii Panny,  udekorowanej   kwiatami; za marynarzami podążali księża i miejscowi dygnitarze (w każdym razie, wyglądali na miejscowych dygnitarzy) dalej szli pozostali mieszkańcy miasteczka i okolic; procesję zamykała  orkiestra dęta. Kiedy  dotarli na   nabrzeże, muzyka umilkła i pątnicy lokowali się na zacumowane tam statki. A tych statków było  mnóstwo, jakby wszystkie łajby z Ria de Vigo napłynęły tego dnia do  Redondeli. Zaintrygowany nietypową sytuacją zrezygnowałem z morskiej kąpieli i poszedłem do portu  "zasięgnąć języka".
- To święto "Virgen del Carmen" Patronki Marynarzy -  wyjaśnił mi jeden ze stojących na nabrzeżu marynarzy.
- Ach... to dlatego obchodzone jest w porcie?
- Nie tylko w porcie... - tłumaczył marynarz - obchody odbywają się w całym mieście i rozpoczynają  mszą świętą w kościele. Po nabożeństwie pątnicy, ulicami miasta przechodzą do portu, gdzie wsiadają na statki i święto przenosi się na morze.
- Czy każdy może wziąć udział...? - zapytałem z nadzieją.
- Tylko miejscowi.
- Jesteś pielgrzymem? - niespodziewanie zapytał inny marynarz.
- Tak - odpowiedziałem wskazując na zawieszoną u troków plecaka muszlę św. Jakuba. Wtedy ten marynarz podszedł do stojącego nieopodal księdza i coś mu tłumaczył wskazując na mnie. 
- Ingles! Ven aqui! Anglik! Chodź tu! - wołał mnie później marynarz (dla Hiszpanów każdy cudzoziemiec, to Anglik) po czym wprowadził mnie na łajbę o nazwie "Mi Nombre Cinco".  
 



Zawyły syreny, odrzucono cumy i   flotylla statków, kutrów, barek i łodzi  wypłynęła na wody Ria de Vigo. Na morzu, jak i na lądzie, procesji przewodziła figura Virgen del Carmen - Patronka Marynarzy. Po jakimś kwadransie dopłynęliśmy do wyspy San Simon. U brzegów wyspy, wszystkie uczestniczące w procesji łajby zatoczyły na wodzie  krąg pozostawiając w środku statek z figurą Najświętszej Panienki na pokładzie. Ta łajba nazywała się bodajże "Ostra Segundo", ale nie jestem pewien. W każdym razie pozostałe łajby otoczyły ją kręgiem. Na mostku obok kapitana stanął tamtejszy   kapelan marynarzy i rybaków i odmówił krótką modlitwę za wszystkich ludzi morza, a zwłaszcza za tych, którzy ponieśli śmierć w morskich odmętach, kończąc słowami: Niech spoczywają w pokoju! Wtedy ponownie zawyły syreny, do wody rzucono wieńce i bukiety kwiatów w chołdzie zmarłym marynarzom i rybakom. Następnie "Ostra Segundo" (jeżeli takie imię nosił ten statek) obrócił się wokół własnej osi z wysoko uniesioną figurą Virgen del Carmen a stojący na mostku kapelan błogosławił morze, statki oraz ludzi uczestniczących w procesji. Po błogosławieństwie popłynęliśmy w kierunku portu Santradan. Potem, zataczając koło  dopłynęliśmy do mostu "Puente de Rande".   W czasie rejsu pątników częstowano winem i empanadą. Na pokładach panował  raczej   swobodny i wesoły nastrój, co  - jak wiesz - jest typowe dla Hiszpanów. Wreszcie, po jakichś dwóch godzinach, cała flotylla, przy   akompaniamencie syren pokładowych wpłynęła do portu w Redondela... - po tych słowach Janusz zamilkł wpatrując się w pogrążoną w mroku Ria de Vigo.    




- I to cała fiesta? - zapytałem przerywając przedłużającą się ciszę.
- Nie, nie... Fiesta trwała nadal, aż do świtu następnego dnia. Ja jednak byłem zmęczony - nie zapominaj, że do Redondela przyszedłem z Portugalii. Po zakończeniu procesji, zszedłem na ląd i  udałem się do schroniska. Chciałem odpocząć. Niestety, kiedy tam przybyłem wszystkie  łóżka  były już zajęte. Skierowano mnie na Polideprtivo - miejską sale gimnastyczną - ale i tam nie było mi dane wypocząć. Nieopodal był nocny sklepik, do którego zajeżdżały samochodami i skuterami małolaty; muzyka głośno grała, oni śmiali się, śpiewali i przekrzykiwali... Wiesz, Bracie jak to jest w czasie fiesty.  No i nie wyspałem się. Jakby tego było mało dwa dni później, w Padron, trafiłem na  kolejną fiestę... ale to już   temat  do innej opowieści - zakończył. 
Zrobiło się  późno. Do portu powróciły kutry z nocnego połowu i właśnie je rozładowywano przy  wtórze rozwrzeszczanych mew. W kantynie pojawili się rybacy. I na nas  przyszedł  czas; opuściliśmy kantynę i port i udaliśmy się na spoczynek... 


   ULTREIA!   


     

niedziela, 14 lutego 2016

Konno do Santiago




Schodząc z Żelaznego Krzyża, Camino de Santiago wiedzie przez Puente Romano (Most Rzymski) do niewielkiego, położonego pośród gór Bierzo, malowniczego pueblo, Molinaseca. Po przekroczeniu mostu na rzece Meruelo, której woda jest czysta, bystra i okropnie zimna wchodzi się na zabytkową Calle Real, pełną barów, bodeg, winiarni i reatauracji. Na drugim końcu Calle Real, gdzie ulica  zbiega się z lokalną szosą do Ponferrady stoi kamienny posąg św. Jakuba w stroju pielgrzyma: w kapeluszu z muszlą małża, kosturem i biblią. 




Kilkaset metrów od tego miejsca znajduje się szesnastowieczna ermita "San Roce" zamieniona na schronisko dla pielgrzymów.
Podczas renowacji ermity, ze względu na jej sakralny charakter i zabytkową wartość obiektu, na zewnątrz nie dokonano poważniejszych zmian. Natomiast wnętrze należało dostosować do potrzeb współczesnego pielgrzyma i obecnie, po gruntowej przeróbce trudno sobie wyobrazić jego pierwotny wystrój. Na parterze, w centralnym punkcie obszernego hallu, gdzie kiedyś prawdopodobnie był ołtarz, postawiono otwarty kominek z niewielką kuchnią a w dawnej zakrystii zainstalowano natryski i ubikacje. Sypialnia znajduje się na piętrze dobudowanym podczas remontu. Mieści się tam dziewiętnaście łóżek i sześć materacy. Materace rozłożono na niedużym podeście poniżej rozety.
Charakterystyczną cechą schroniska są łóżka umieszczone na zewnątrz, znajdujące się pod szerokim na cztery metry okapem. Jest to ewenement na Camino de Santiago. Pielgrzymi nocują tam od wiosny do jesieni.
Albergue otacza rozległy trawiasty plac, którego naturalną granicę stanowią liczne drzewa orzechowe i  żywopłot z różanych krzewów od strony szosy. Na placu peregrinos wędrujący  z namiotem mogą założyć biwak a konie, osły i inne zwierzęta towarzyszące pielgrzymom mają miejsce na popas.
     W schronisku "San Roce" pracowałem dwa lata, wraz z moim serdecznym przyjacielem, Matiasem. Matias był Baskiem i pochodził z Irunu.  

***

Pewnego deszczowego dnia  pod koniec października do schroniska zawitała niezwykła karawana składająca się z trzech koni, dwóch jeźdźców i jednego psa. Przy czym konie pochodziły z Grecji, jeźdźcy z Anglii a pies był owczarkiem niemieckim.
Mieliśmy tego dnia niewielu pielgrzymów: kilku Hiszpanów, dwie Niemki i chyba jakiś Francuz, a może był to Włoch...? 
Dzisiaj już nie pamiętam. W każdym razie był to chłodny dzień i od rana padał deszcz. Siedzieliśmy i grzaliśmy się w naszej kanciapie. Matias właśnie spał a ja oglądałem telewizję, gdy nagle - jakoś pod wieczór - ktoś zastukał do drzwi. Była to kobieta w średnim wieku, opatulona przeciwdeszczowym płaszczem.
- Czy Pan jest hospitalero? - zapytała nieśmiało.   
- Tak, jestem hospitalero - odpowiedziałem. - A o co chodzi?
- Chcielibyśmy zatrzymać się tutaj na noc - wyjaśniła kobieta. - Tylko jest mały problem.
- Jaki problem?
- Pielgrzymuję razem z mężem...
- ...?!
- Są z nami trzy konie i pies...
- Jakie konie? jaki pies?- zapytałem zdziwiony, bo nie zauważyłem  żadnych czworonogów w pobliżu.
- Tam, na ulicy. Przed schroniskiem  - wyjaśniła kobieta. - Czy znajdzie się dla nas miejsce?
Wychyliłem się bardziej i wtedy dostrzegłem stojące na ulicy dwa osiodłane konie i zad trzeciego. Męża i psa nie widziałem.
- Oczywiście, oczywiście - powiedziałem. - Proszę  podprowadzić konie pod tamtą bramę. Będzie łatwiej wejść. Zaraz otworzę, tylko obudzę kolegę.
- Bardzo dziękuję. Powiadomię męża - odpowiedziała zadowolona kobieta i odeszła.
- Mati! Mati! - budziłem Baska potrząsając go za ramię. - Słyszysz, obudź się!
- Co się stało? - zapytał zdziwiony i nie do końca rozbudzony Mati.
- Mamy w schronisku trzy konie - wyjaśniłem.
- Jakie konie? Gdzie konie? - pytał Matias rozglądając się po "kanciapie"
- Na pewno nie tutaj, tylko na podwórku - odpowiedziałem wybuchając śmiechem. - Wstawaj, musisz im  wyjaśnić, gdzie je mają przywiązać.
- Komu wyjaśnić, koniom?- pytał rozespany Matias.
- Nie koniom, tylko pielgrzymom, którzy z nimi przybyli. Wstawaj!
W końcu oprzytomniał i zrozumiał co do niego mówię. Poszliśmy pod bramę, za którą oczekiwali pielgrzymi z czworonogami. Matias otworzył bramę i cała karawana wkroczyła na teren schroniska.
- Buenos Dias - powitał nas mąż kobiety prowadząc za uzdę osiodłanego siwka z piękną białą grzywą. Za mężem podążała żona z dwoma kasztanami. Karawanę zamykał podpalany owczarek niemiecki. Kiedy pielgrzymi przywiązali, rozsiodłali, nakarmili i napoili konie zajęliśmy się sprawami administracyjnymi.
Jak już wspomniałem, pielgrzymi-kawalerzyści byli Anglikami i pochodzili z okolic Birmingham. Wiosną tamtego roku postanowili odwiedzić Stary Kontynent. W drodze miał im towarzyszyć Rex, ich owczarek niemiecki. Promem popłynęli do Dunkierki. Z Dunkierki, podróżując przez Francję, Szwajcarię, Austrię i Węgry dotarli do Grecji. Na Peloponezie nabyli trzy wspaniałe rumaki o imionach greckich bogów: Zeus, Posejdon i Ares.  Dalszą podróż odbywali już konno. Z Grecji, przez Chorwację i Słowenię dotarli do Italii, gdzie odwiedzili Wenecję,  Florencję, Asyż, Rzym i przez Mediolan dostali się do Francji. Kiedy dojechali do francuskiego miasteczka, Le Puy, skąd w dwunastym wieku wyruszył do Santiago pewien francuski mnich, promotor Drogi Francuskiej i autor Kodeksu Kalixtyńskiego, Almery Picaud, postanowili konno przemierzyć Camino de Santiago szlakiem wytyczonym przez owego mnicha.
Rankiem, tamtego dnia, wyruszyli z Hospital de Orbigo. Po przejechaniu prawie siedemdziesięciu kilometrów, pokonując góry Bierzo w okolicach Foncebadon i Manjarin, wieczorem dotarli do Molinaseca. Byli utrudzeni i zmęczeni. Po kolacji nie mieli ochoty na "nocne pielgrzymów rozmowy", doglądnęli  zwierząt i udali się na spoczynek.
Rano, jeszcze przed świtem, pielgrzymi-kawalerzyści nakarmili swoje czworonogi. Śniadanie zjedli w otwartej o tak wczesnej porze, restauracji "Palacio", znajdującej się nieopodal mostu. Po powrocie osiodłali konie i po gorącym i spektakularnym pożegnaniu (na placu przy schronisku zgromadzili się sąsiedzi i pielgrzymi) dosiedli wierzchowców i ruszyli stępa do oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów O'Cebreiro.
 Po dotarciu do Santiago, od którego dzieliło ich dwa, może trzy dni drogi zamierzali kontynuować swoją peregrynację, do Finisterre i Muxii, potem Szlakiem Angielskim (Camino Ingles) do La Coruni, gdzie wraz z końmi, drogą morską mieli przeprawić się do Plymonth w Anglii.
Podobno owa podróż - jak twierdzili podczas pobytu w Molinaseca - podarowała im wieczną  młodość...


ULTREIA!
Karolinie Nowickiej 
z okazji urodzin










czwartek, 4 lutego 2016

Mglista Galicja cz.II




 Wiatr zacinał deszczem prosto w twarz, droga pięła się stromo pod górę, nogi tonęły w błocie, a plecak przygniatał do ziemi... Tak powitała nas Galicja.


                                                                                                                                                                          
    


 Zbliżaliśmy się z bratem do O'Cebreiro, pierwszej osady w Galicji. Przeszliśmy wzdłuż klasztornego muru, skręcili w prawo, minęli kościół i byliśmy na miejscu. Przed nami na końcu krótkiej uliczki jarzyły się światła baru i właśnie tam skierowaliśmy nasze kroki.
  




Bar był kamienny, jak wszystkie budynki w osadzie. Zdjęliśmy poncha, otrzepali z wody i weszliśmy, starannie zamykając za sobą drzwi, bo wiatr dął okrutnie. W barze było cicho, ciepło i przytulnie, na kominku palił się ogień. Przy jednym ze stolików dostrzegliśmy znajomych pielgrzymów, pozdrowiliśmy ich serdecznym: Hola! Zawiesiliśmy mokre poncha na wieszaku, plecaki złożyliśmy pod ścianą i zajęliśmy stolik najbliżej kominka.
- Co zamawiamy? - zapytał Janusz.
- Cosido gallego - odparłem - najlepsze na taka pogodę.
- Co to jest "cosido gallego"? - dopytywał się brat.
- Zobaczysz.
Kelnerka przyjęła zamówienie, nakryła do stołu i przyniosła wazę bardzo tłustej zupy z makaronem - wywaru na którym gotowało się cosido. Zjedliśmy z apetytem, byliśmy głodni i zmarznięci a zupa syta i gorąca. Chociaż Janusz marudził, że jakaś dziwna w smaku.
- Nie marudź - skarciłem go - poczekaj na danie główne.
Kelnerka pozbierała puste talerze i zniknęła na zapleczu, by po chwili powrócić niosąc w rękach wielki, gliniany półmisek pełen jadła. W powietrzu unosił się zapach gotowanego mięsa i ziół. Kiedy kelnerka postawiła półmisek na stole, Janusz zrobił, co najmniej, zdziwioną minę spoglądając to na mnie, to na półmisek i jego zawartość. W półmisku było kilka gotowanych ziemniaków, trochę białej kapusty... i wielka kupa wieprzowego mięsa, również gotowanego. A czego tam nie było - chyba cały wieprzek był, i kawałki nóżek, i golonka, i żeberka, kawałki świńskiego ryja, słonina... a wszystko dobrze zaprawione ziołami. Z zapałem zabraliśmy się do jedzenia przepijając winem z Bierzo, rozlanym do typowych w Galicji porcelanowych miseczek.
Mniej więcej w połowie drugiej połowy, Janusz zaczął wykazywać objawy słabości, co było mi na rękę. Nie doceniłem jednak brata, nie odpuścił...
Kiedy już dobrnęliśmy do końca i półmisek był pusty odłożyliśmy sztućce z głębokim westchnieniem.
- Niezła wyżerka - powiedział Janusz.  
- Niezła - zgodziłem się.
Czekał nas jeszcze deser, queimada i orujo. A potem droga do schroniska.

 ULTREIA!